Duże zainteresowanie ostatnim czasem wzbudziły peelingi kawowe, które udostępniałam na instagramie i snapchacie. Ze względu na to, że jakiś czas temu dostałam peeling znanej, POLSKIEJ marki Body Boom, a kilka miesięcy wcześniej zaczełam stosować peeling od Dirty Derrik, który stał się ulubionym i niezastąpionym elementem w mojej łazience, postanowiłam zrobić dość rozległą recenzję oraz porównanie obu produktów. Czy cena jest warta zachodu? Czy faktycznie dają pożądane efekty? Co kryją w swoich małych, ładnych opakowaniach, czemu nie można ich zjeść i czy mogą uczulić? I co najważniejsze! Który lepszy?! Odpowiedzi na te i mnóstwo innych pytań poznacie w dzisiejszym wpisie.

Moja przygoda z kawowymi ulubieńcami, czyli relaks, rozstępy i inne niespodzianki

Cupuacu coconut coffe scrub stosowałam jako pierwszy i to właśnie on zaraził mnie obsesją na punkcie tego rodzaju produktów. O ile ciężko mnie do wielu kosmetyków przekonać, bo jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na te z „wyższej półki” jestem bardzo wymagająca, tak ta mała paczuszka, kończąc się krzyczała do mnie  „ZAMAWIAJ KOLEJNE!”. Otuliła mnie delikatnym, kokosowym zapachem, jednocześnie pobudzając i motywując do działania. Stosując ją podczas kąpieli, przed pójściem do szkoły, zmęczenie odchodziło w zapomniane.

Przyznam szczerze, że efekty wizualne były zadziwiające. Zwykle sceptycznie podchodzę do czytania efektów, które wypisują producenci. Gdyby wszystko co jest napisane na opakowaniach, działało w rzeczywistości, ludzie nie robiliby sobie operacji plastycznych, a i tak każdy wyglądałby jakby uciekł z okładki Vouge’a. Tym razem zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, bo już pomińmy fakt, że przez pół dnia biegałam za mamą i pokazywałam jej jak idealnie gładką skórę mam w miejscu, w którym stosowałam peeling. Rozstępy, z którymi zmagałam się kilka lat temu, uległy zdecydowanej poprawie. Jestem kobietą, moje ciało się zmienia, jednego dnia lubię dużo zjeść, albo zajadać smutki big mackiem, następnego trzymam się fit diety, która naprawi moje poczucie winy. Rozstępy, cellulit i inne niespodzianki, z którymi zmaga się około 90% kobiet, to normalna sprawa, której nie powinnyśmy się wstydzić. Ale jeśli mamy możliwość tego uniknąć, albo naprawić to co już się stało, to dlaczego tego nie zrobić? Z doświadczenia wiem, że nie łatwo pozbyć się wymienionych wcześniej „przyjaciół”. Zaczynałam od zwykłych peelingów, kończyłam na olejkach na blizny, wszystko z marnym, albo niewielkim skutkiem. Myślę jednak, że jeśli ktoś jest zawzięty, ćwiczy i stara się ograniczyć niezdrowe przekąski, a do tego dołączy stosowanie REGULARNE tego rodzaju peelingów, efekt ma gwarantowany.

Body Boom przyciągnął mnie do siebie wieloma pozytywnymi opiniami, brygadą samych naturalnych składników i miejscem pochodzenia- POLSKĄ. Jestem ogromną zwolenniczką produktów polskiego pochodzenia, myślę, że warto wspierać takie marki i wyróżniać najlepszych. Ponadto byłam ciekawa jaka jest różnica miedzy pierwszym stosowanym przeze mnie peelingiem, który przyleciał do mnie prosto z Australii. Produkty różnią się od siebie diametralnie, jednak stwierdzenie, który z nich jest lepszy, graniczy z cudem. Są inne, ale żaden z nich nie jest gorszy, czy lepszy. Body Boom original przekonał do siebie już całe mnóstwo kobiet, o czym świadczy m.in. przyznana mu nagroda „Stylowego Kosmetyku Roku 2015″. Mnie rozkochuje w sobie przepięknym zapachem kawy, konsystencją (o ile można użyć takiego określenia w stosunku do produktu sypkiego?), która nie jest tak zbita jak w przypadku pierwszego kosmetyku, który stosowałam i wydajnością.

 

Skład:

Body Boom original                                                                                                 Cupuacu coconut coffe scrub

kawa robusta                                                                                                                    kawa robusta

brązowy cukier                                                                                                                 brązowy cukier

sól jeziorowa                                                                                                                    sól morska

witamina E                                                                                                                     olejek z witaminą E

olejek makadamia                                                                                                          wiórki kokosowe

olejek arganowy                                                                                                             jojoba beads

olejek migdałowy                                                                                                          olejek kokosowy

czekolada                                                                                                                    owoc cupuacu (zbliżone do kakao)

Jak możecie zauważyć, skład jest bardzo podobny, pierwsze cztery składniki są takie same, różnią sie za to kolejne cztery. Plusem obydwu jest brak substancji sztucznych, a gotowe produkty nie były testowane na zwierzętach. Duży plus! Ponadto obydwa opakowania są zamykane bardzo szczelnie, dzięki czemu zawartość ma dłuższą datę przydatności. Jak to jest z wysyłką? O ile pewnie nie martwicie się o wysyłkę z Polski, tak ta zagraniczna może przerazić. Nic bardziej mylnego, na obie paczki czekałam taki sam okres czasu tj. około dwóch tygodni. Przesyłka z Australii zapakowana była w przepiękną, czarną, pikowaną kopertkę, a z Body Boom wychodziła urocza różowa bibuła, sypały się ziarenka kawy, a dla umilenia dnia, dodana została ręcznie pisana karteczka. Co z konsystencją? Jak już wcześniej wspomniałam, nasz polski produkt jest bardzo sypki, delikatny, ziarenka po nałożeniu na skórę przypominają piasek, zaś australijski odpowiednik jest znacznie bardziej zbity, zwarty, nieco wilgotny, a po nałożeniu na ciało, jego drobinki są znacznie większe od poprzednika (patrz zdjęcie pleców niżej).

Stosowanie i efekty

Obydwa produkty poleca się stosować 2-3 razy w tygodniu, na oczyszczone, wilgotne ciało. Następnie nakładamy peeling na skórę i wcieramy go okrężnymi ruchami. Pozostawiamy go na ciele 5-10 minut tak by kawa zdążyła przeschnąć, po czym dokładnie spłukujemy i cieszymy się niesamowicie gładką skórą. Nic prostszego! W czym pomagają takie kuracje?

  • zredukowanie wizualne cellulitu i rozstępów, dzięki kofeinie zawartej w kawie.
  • złuszczanie i oczyszczanie skóry, dzięki cukrowi brązowemu i soli jeziorowej/ morskiej
  • nawilżenie i wygładzenie dzięki olejkom
  • zregenerowanie skóry i zatrzymanie procesu starzenia, dzięki witaminie E

Pamiętajcie, że chociaż peelingi pachną obłędnie, nie należy ich jeść (ciężko się powstrzymać, ale działają tylko od zewnątrz), ważne jest również wcześniejsze przetestowanie, przed nałożeniem na całe ciało, by uniknąć możliwych reakcji alergicznych.

PODSUMOWANIE

Jedynym minusem jaki udało mi się znaleźć to wysoka cena, bo nie ukrywajmy, 59zł i 18$ to nie są grosze, ale w tym wypadku cena zdecydowanie idzie w parze z jakością. Dla leniwych warto też wspomnieć, że po tego rodzaju kuracji jest trochę sprzątania, więc warto uzbroić się w cierpliwość, bo efekty są co najmniej zadowalające. Na koniec małe pocieszenie. Znalazłam rabaty na oba produkty! Jeśli chcecie rabat na -20% na zakupy na bodyboom.pl , znajdziecie go w nowym ElLE, zaś jeśli zdecydowaliście się na zakup na dirtyderrik.com to przy zakupie wpiszcie kod „ILOVEDIRTY”, a otrzymacie -10% na zakupy. Śledźcie mojego instagrama, bo kto wie? Może wkrótce pojawi się jakiś konkurs z tymi perełkami? :)

instagram.com/kailakarolina