Jest grudzień. Ameryki tym trafnym spostrzeżeniem nie odkryłam, odkryłam jednak, że żyję w błędnym kole, w którym ten nieszczęsny miesiąc sprowadza na mnie same nieszczęścia. Nie odliczam radośnie dni ile pozostało do świąt, jedyne czego wyczekuję to chwili wytchnienia od szkoły (chociaż w klasie maturalnej nawet w tym okresie nie mam na co liczyć) oraz tego jakie niespodzianki tym razem przyniesie mi ten wyjątkowo pechowy miesiąc.

Jest jednak jeden dzień w roku, w którym doznaję prawdziwego oczyszczenia, o dziwo dzień grudniowy. Nie będę szła szablonowo, nie jest to Wigilia, nie jest to wpis, w którym będę Was przekonywać, że to czas, który MUSICIE spędzać z rodziną. W tym roku to wyjątkowe wydarzenie wypadało 19 grudnia. Wydarzenie, które już kolejny rok z rzędu sprawia, że zaczynam znowu myśleć pozytywnie, a moje problemy, z którymi na co dzień trudno jest mi się zmierzyć, tracą znaczenie. Wydarzenie to nosi nazwę Wigilii dla bezdomnych i ubogich.

3

„Magia świąt” jako zjawisko kreowane przez media.

Media huczą o niezwykłym okresie przedświątecznym, w którym to mamy się ze wszystkimi godzić, pomagać innym, spędzać czas z rodziną i rozkoszować się tą całą magią świąt. Ciężko mi sobie jednak wyobrazić, że mogłabym zapomnieć o wszystkich urazach, które sprawiły mi dane osoby i jakby nigdy nic pogodzić się ze wszystkimi zawistnymi ludźmi tylko dlatego, że magia świąt jest wokół nas, Bóg się rodzi i te sprawy. Kolędy, lampki i choinki nie sprawią, że ktoś nagle, jakimś cholernym cudem, stanie się dobrym człowiekiem. Jest jednak coś co ma taką moc, ale o tym za chwilę.

A co Wy na to, że niemal każda świąteczna reklama pokazuje uśmiechniętą rodzinę przy stole? Nie oszukujmy się. Gdybym wyszła na ulicę i zadała ludziom pytanie „Kto z Was chociaż raz w życiu, knuł w głowie drogę ucieczki od Wigilijnego stołu, przed wścibskimi i dociekliwymi pytaniami krewnych?” zobaczyłabym falę rąk większą niż na koncercie Biebera. Co roku musimy zmierzyć się z radosnymi uwagami, że się „poprawiliśmy” (co oznacza, że chodzenie kilka razy w tygodniu na siłownię nic nam nie dało) i pytaniami o nasze życie uczuciowe, o szkołę, o pracę czyli w skrócie o wszystko, o czym próbujemy zapomnieć chociaż w tą jedną noc. Oczywiście bezskutecznie, bo ciocie i babcie, które masz okazję spotkać raz do roku, muszą wiedzieć o Tobie wszystko. Ale spokojnie, w ich wieku się odwdzięczysz, na czym ucierpią pokolenia następne, ale będziesz miał do tego całkowite prawo. Czas spędzony z rodziną w rzeczywistości jest istotny, pod warunkiem, że nie robimy niczego na przekór sobie. W moim wypadku niemal każda chwila spędzona z najbliższymi to przyjemność, dlatego każdemu życzę takich relacji z rodzicami i dziadkami jak moje. Jednak ze względu na to, że mój przypadek jest raczej w mniejszości, zwrócę Wam uwagę na coś istotniejszego od wzorca sztucznie kreowanego przez media „szczęśliwej rodziny w święta, bo są święta, więc trzeba”.

Zwrócę Wam uwagę na samych siebie. Od zawsze powtarzam, że uczymy się poprzez poznawanie innych, a każda poznana osoba, zostawia w nas cząstkę siebie. Co więc się stanie gdy poznamy ludzi, którzy mimo wielu przeciwności losu, potrafią się szczerze uśmiechnąć? Dokończcie sami.

kaila

blogerki

Uporałam się z załamaniem…dzięki bezdomnym

Trudno nie przyznać się do tego, że przeżywałam ostatnio gorszy etap w moim życiu, załamywały mnie najdrobniejsze potknięcia, a przy nerwach trzymały mnie środki uspokajające. Jesienne depresje wyjątkowo mnie sobie upodobały. Jesteśmy tylko ludźmi, każdy z nas ma wady, a zyskujemy plusy nie w momencie, gdy je sobie usprawiedliwiamy, ale gdy potrafimy się do nich przyznać i zaakceptować to, że je posiadamy. Każdy z nas ma co jakiś czas momenty słabości, najważniejsze jest się z tym uporać i stanąć na nogi. Moje problemy zniknęły tego niezwykłego 19 grudnia.

Wolontariuszką jestem od gimnazjum. Wtedy na wolontariat szedł niemal każdy jedynie po to, by uzyskać dodatkowe punkty do liceum. Od zawsze chciałam pomagać potrzebującym, nadarzyła się więc na to idealna okazja. Dla Caritas’u brałam udział w wielu zbiórkach pieniędzy i żywności, nie czułam jednak żadnej satysfakcji z tego co robię, dlatego zrezygnowałam definitywnie ze zbierania, bo też ze swojej strony czułam potrzebę dopilnowania wszystkiego, a pewności ile z tego co zbieram, idzie we właściwe ręce, nie miałam nigdy. Pierwszą akcją, która sprawiła, że coś we mnie tknęło było wyjście do Domu Opieki Społecznej, w którym naszym jedynym zadaniem było rozdawanie świętych obrazków i (opcjonalnie, kto nie chciał, nie musiał) krótka rozmowa z przebywającymi tam ludźmi. Tu pierwszy raz zetknęłam się z realnymi problemami, chorobami… i samotnością. Rozdawanie obrazków było dla mnie abstrakcją (bo po co chorym obrazek z jakimś tam świętym), jednak radość ludzi z tego, że ktoś ich odwiedził, była bezcenna.

Długo dochodziłam do siebie po spotkaniu z ludźmi niewidomymi, niepełnosprawnymi, pozbawionymi kończyn. Nie dlatego, że byli „inni”. Nie mogłam pozbierać się po tym jak zobaczyłam, że ich największym problemem jest brak drugiego człowieka i przeszywająca samotność. 

Drugą akcją, w której miałam przyjemność brać udział, była pomoc w organizacji Wigilii dla bezdomnych i ubogich. W tym roku uczestniczyłam w niej po raz trzeci. Tutaj zaczęła się prawdziwa praca. Już na kilka dni przed samą Wigilią, pomoc w kuchni, sprzątanie, pakowanie paczek i wiele innych czynności pochłaniających czas i energię. I wreszcie… Przyszedł czas na samą uroczystość. Powitanie księży, zebranych gości, wspólna modlitwa i zaczyna się zabawa. Bieganie po śliskiej już od porozlewanych napojów podłodze, noszenie na stół masy jedzenia i najważniejsze- poznanie przybyłych osób i dopiero w tym momencie odkrywam czym jest ta cała magia świąt.

blogerki

best bloger

Gdzie znaleźć magię świąt?!

Odpowiedź może wydać się Wam banalna, ale swoją magię świąt znalazłam w uśmiechu ludzi, którym przynosiłam gorący barszcz. Przez cały rok nie zobaczyłam tylu wspaniałych, szczerych uśmiechów co w tamtym dniu. Błysk w oku każdego z osobna, zwątpienia, zawahania, czy mogą prosić o coś więcej. Kompletne odrealnienie. Gdzie w dzisiejszych czasach spotkamy kogoś kto zasługuje na pomoc, a i tak ma wątpliwości czy może o nią poprosić? Jesteśmy uczeni, że musimy brać z życia garściami, nie jest to złe do momentu, w którym oczekujemy od innych niemożliwego, a sami nie dajemy od siebie nic, poza pretensjami, co staje się niestety zmorą naszych czasów. Przyznam szczerze, że zaliczam ten dzień do jednych z najlepszych w tym roku, bo doznałam prawdziwego oczyszczenia. Ludzie bez dachu nad głową, opuszczeni, samotni, zagubieni. Ludzie tacy sami jak my wszyscy, którym się w życiu, w pewnym momencie po prostu nie powiodło. Ludzie, którzy nie tracą nadziei, są kontaktowi, uprzejmi, życzliwi. Potrafiący całować po rękach za przyniesienie talerza z pierogami. A teraz zejdźmy na ziemię i zestawmy to z współczesnymi kłótniami dzieci z rodzicami np. o zbyt niskie kieszonkowe…

Przez cały rok nie dostałam tylu zaproszeń na kawę i niewymuszonych komplementów co w TYM dniu.

bloggers

4

(nie)Wiara nie kłóci się z pomocą innym.

Wiele osób, zarzuca Caritasowi, że jest związany z Kościołem. Czy więc trzeba być wierzącym, żeby brać udział w akcjach przez niego organizowanych? Jestem chyba idealnym dowodem na to, że NIE. Moja wiara to sprawa dość skomplikowana, o czym mogłabym napisać kolejne wypracowanie, nie jest to jednak w tym momencie aż tak istotne. Istotny jest fakt, że nie chodzę do kościoła, nie modlę się, na mszę zaciągnąć się nie dam, a słuchanie godzinnego kazania księdza jest dla mnie nużące. Nie jestem jednak jedną z tych osób, które przez takie postawy, krytykują cały kościół i wszystkich z nim związanych. Staram się być obok tego wszystkiego, nie mieszać się w konflikt między wierzącymi, a niewierzącymi. To co mogę przekazać Wam z własnego doświadczenia, to to, że są księża, którzy chcą być blisko wiernych i pomagać im jak tylko potrafią.

Czasem zdarza się nawet, że uda im się wywołać wiele emocji w osobach od kościoła odsuniętych…

2

Cała prawda o nieszczęsnym grudniu

Jak już bawimy się w katharsis to do bólu. Mimo, że Wigilia ta była dla mnie czasem spędzonym z niezwykłymi ludźmi, czasem, w którym zrozumiałam, że problemy, którymi dotychczas zaprzątałam sobie głowę, są kompletnymi błahostkami… miałam ostatnią chwilę słabości.  Widok szczęśliwych w tym jednym dniu osób, które zwykle muszą zmagać się z biedą, walczyć z samotnością i przeciwnościami losu, połączony z modlitwą księdza za osoby, których nie ma już wśród nas, sprawiło, że cos we mnie pękło.

W tamtym momencie uświadomiłam sobie po raz kolejny, dlaczego właściwie nie lubię grudnia. Nie dlatego, że kreowana jest na siłę sztuczna magia świąt, nie dlatego, że czuję przesyt ozdób i sztucznie miłych osób. Nie lubię go dlatego, że kilka lat temu, dokładnie w święta, zmarł mój ojciec, a ból po stracie powraca co roku, właśnie w tym okresie. Nie szukam współczucia, ani zrozumienia. Chcę jedynie żebyście zrozumieli dokładnie to co chcę Wam przekazać. Zobrazować brutalną ulotność każdej chwili.

Dzielę się z Wami po raz kolejny tą informacją, po to żebyście wzięli to sobie do serca i te święta spędzili z osobami, które kochacie. Nie prezenty są tu najważniejsze, ale ciepłe słowa, bliskość, szczerość i uśmiech. To jest najpiękniejsze co możecie podarować swoim bliskim i tego życzę Wam z całego serca

Zdrowych, pogodnych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia

Wasza Kaila

 

PS Wpis Was przekonał? Przekażcie go dalej! Może pomoże również innym.