Można powiedzieć, że moja majówka zaczęła się w piątek, kiedy pojechałam do Basi. Wczoraj nie pisałam zbyt wiele, bo nie chciałam za długo zajmować się blogiem, wolałam spędzić ten czas z Nią. Dla tych co lubią czytać takie rzeczy, relacja z weekendu:
Około 12 w piątek przyjechałam do Basi, poszłyśmy na spacer, wróciłyśmy do domu zjeść obiad, pojechałyśmy z Sylwią (siostrą B.) i jej chłopakiem nad jezioro, nad którym robiłyśmy zdjęcia z poprzedniego postu.Wieczorem upiekłyśmy babeczki, prawie nam wyszły, nie licząc tego, że spody były spalone, a góra surowa… Następnego dnia poszłyśmy na stację po Miśkę i Adama, spędziliśmy cały czas nad stawem, robiąc Basi siarę. Około 21 odprowadziłyśmy Adasia na pociąg, wracając śpiewałyśmy i  tańczyłyśmy, zasnęłyśmy przed szóstą, obudziłyśmy się po trzynastej. Zamówiłyśmy pizzę, ubrałyśmy się, a o 18 40 pożegnałyśmy na stacji, przekonane, że była to niezwykle udana majówka.

Na koniec nasze ,,piękne” babeczki, po których stwierdzam, że mamy ogromny talent do pieczenia! :)