Zdecydowanie najlepsza szkolna uroczystość.

Bal gimnazjalny (w niektórych regionach komers) to wydarzenie, które na pewno zapamiętam przez długi czas. Początkowo nie miałam ochoty nawet na niego iść. Koniec roku, poprawianie ocen, najchętniej nie poszłabym w ogóle.
Pomijając to, że na miejsce przyszłam w tenisówkach przez co też poszła od co niektórych fala oburzenia (co się będę męczyć po drodze;),  nie przywiązałam nawet większej wagi do tego jak wyglądałam, o czym może świadczyć to, że malowałam się dosłownie pół godziny przed rozpoczęciem balu, jednocześnie susząc dopiero co umyte włosy. Tak więc dosłownie wszystko na ostatnią chwilę.
Polonez…
I już robi się ciekawie. Druga para, pełna powaga, idziemy i … muzyka przestaje grać. Adam opanowuje sytuację i dośpiewuje niezagrane dźwięki, nie poddając się tańczyliśmy dalej. Wspomnienia zdecydowanie świetne. Muzyka… Ja się czuję jak w domu, bo leciały przeboje naszych rodziców.. może i dziadków, inni są trochę zawiedzeni. Po pewnym czasie jednak i tak praktycznie wszyscy są już na parkiecie.
Bal ma w sobie tą magię, że można nie zamienić z kimś słowa przez trzy lata, po czym tańczyć z tą osobą do upadłego.
Powyżej zdjęcie z najlepszym Panem od angielskiego na jakiego mogliśmy trafić (fot. poniższych zdjęć) oraz z kimś dzięki komu oglądacie na tym blogu masę moich zdjęć- Adaś.
najlepsza klasa…