Cała i zdrowa, po około 6 godzinach niemal ciągłej jazdy dojechałam do Ostrowa.Podróż przebiegła całkiem przyjemnie, stres niesamowity, może ze względu na pierwszą samotna, dość długą podróż, może przez fakt, że musiałam się przesiąść w Poznaniu do pociągu, podczas gdy nigdy wcześniej tam nie byłam.

Poznane po drodze osoby także nie orientowały się zbytnio jak dojść gdziekolwiek, bądź gdzie właściwie są, tak więc musiałam poradzić sobie sama.
Całą podróż byłam w stałym kontakcie ze Szczurkiem, której cudowny uśmiech powitał mnie tuż po wejściu na stację. Jako, że było już dość póżno, zdążyłyśmy jedynie zjeść szybką kolację i razem z Olgą pozwiedzać napotkane po drodze zakamarki Ostrowa. Coraz to ciemniejsze niebo oraz torba, która zdawała się być coraz cięższa, zmusiły nas do powrotu do domu, by zregenerować siły na kolejny aktywnie spędzony dzień.
Następnego dnia celem rowerowej przejażdżki stały się Ostrowskie Piaski.
Przyznam szczerze, że na rower wsiadłam po baaaaardzo długiej przerwie, więc już sam fakt, że pojechałyśmy tam na nich było czymś „wow”, dałam radę. Niesamowity deser lodowy (nie, to nie jest spaghetti) umilił nam dzień oraz udowodnił, że mój zamiar „nie będę nic tam jadła” był bezcelowy i niemożliwy do zrealizowania.
Czas płynie tu tak niesamowicie szybko, że za chwilę czeka nas już trzecia noc razem. Dzisiejsze zdjęcia, na których byłyśmy zobaczycie u mnie w jakimś z przyszłych postów (część możecie zobaczyć już dziś na blogu Szczurka), bo najbliższy będzie ze zlotu w Poznaniu, który odbędzie się już w tą sobotę (szczegółowe informacje w poprzednim poście).  Tych, którzy jeszcze nie zapoznali się z tematem przekierowuję w dół bloga i mam nadzieję do soboty! :)