30 kwietnia razem ze moimi rodzicami wzięłam udział w wyjątkowym wydarzeniu. Ślub osób, które można nazwać niemalże rodziną (bo gdy znasz kogoś od dziecka i spędzasz w ich gronie większość weekendów, trudno określić ich inaczej), jest ważnym wydarzeniem, które przyznam szczerze, uroniło nie jedną łzę. Nabiera jednak dość zabawnego wydźwięku, w momencie, gdy chodzisz do liceum i jesteś na etapie omawiania dramatu Wyspiańskiego jakim jest Wesele. Dla tych którzy jeszcze o tym nie wiedzą, bo do drugiej klasy LO nie dobrnęli, bądź ominęli tą lekturę szerokim łukiem jak większość, przybliżę fakt, który mnie zdecydowanie zainspirował do przeczytania książki. Wyspiański napisał ją na bazie prawdziwych zdarzeń, które sam przeżył, a niemal wszystkie pojawiające się postacie, mają realnych odpowiedników. Wyobrażacie sobie pójść na zabawę, a później zostać opisanym w książce, którą po X latach będą omawiać w szkole? Prawdziwy DRAMAT. Ja daruję sobie bawienie się w Stanisława, jedyny sposób w jaki uchylę rąbek tajemnicy to pokazanie zdjęć, których ilość w dzisiejszym poście, pobije chyba mój blogowy rekord.

Tajemnicza osoba towarzysząca

Już na tydzień przed weselem na instagramie dałam Wam zagadkę. Pytanie, które zadręczało kilkadziesiąt osób (jestem dumna z zaangażowania), czyli KOGO ZABIERAM NA ŚLUB?! Odpowiedzi były różne zaczynając od mojego przyjaciela, po Justina Biebera, ale ku zdziwieniu wielu osób, zabrałam przyjaciółkę- znaną większości moich stałych czytelników Szczurka. Dlaczego? Banalnie prosta odpowiedź, jest po prostu niezastąpiona. Oczywistym jest dla mnie również fakt, że gdybym zabrała jakiegokolwiek chłopaka, niezależnie czy byłby to przyjaciel, czy nawet rodzina, fala krytyki oblałaby mnie zarzutami z serii „szybko sobie nowego chłopaka znalazła”. Mając więc wybór między jedyną dziewczyną, z którą w pełni rozumiem się bez słów, z którą więź sprawia, że w tym samym czasie chcemy, tańczyć, jeść i pić, bo nasze organizmy są jak zsynchronizowane, a między kimkolwiek innym… wybór jest oczywisty. Przyznam szczerze, że dawno nie bawiłam się lepiej, chociaż moja towarzyszka odchorowała chodzenie na boso i taniec do rana przeziębieniem.

Tajemniczy ogród

Po wstawieniu na instagrama pierwszych zdjęć, pojawiły się pytania gdzie to właściwie jest. Dokładnego położenia nie jestem na tą chwilę w stanie określić, ale przyznam, że wjeżdżając tam przeżyłam ogromny szok. Sama droga do ów miejsca była nieciekawa. Przez las, przez piasek, przez błoto, mówiąc w skrócie droga jak do szkoły przetrwania, do tego na bramie wjazdowej szyldy w nieco komunistycznym klimacie. Pozytywne zaskoczenie po przybyciu na miejsce. Pięknie przystrojona sala, mnóstwo kwiatów… fontanna z czekolady. To co nas jednak zaintrygowało najbardziej to ogród tuż obok salki. Schodziło się do niego po niesamowicie stromych, metalowych schodach, przez które na szpilkach, mogłyśmy jedynie przefrunąć. Nie zraziły nas jednak i już po przebrnięciu przez nie, naszym oczom ukazał się przepiękny staw, otoczony małymi kamyczkami, wysokimi, rozłożystymi drzewami i białymi ławeczkami. Idealne miejsce na zdjęcia, jak i spędzenie w nim reszty życia. Jeśli więc obstawialiście, że najwięcej czasu spędziłam ze Szczurkiem przy fontannie czekolady, to rozczaruję, bo to właśnie te magiczne miejsce pochłonęło mnóstwo naszego czasu, czego efekt możecie zobaczyć na dzisiejszych zdjęciach. O ile „Wesela” większość czytających zapewne nie przeczytało, tak „Tajemniczy Ogród” jest raczej wszystkim dobrze znany. Jednym z moich małych, dziecięcych marzeń było znalezienie się w miejscu, które by go przypominało. Spełniło się :)

 

Wszystko co dobre…

…szybko się kończy? Porywane w wir tańca z nowo poznanymi kolegami, na parkiecie spędziłyśmy tyle czasu, że nawet się nie obejrzałyśmy, a trzeba było wracać do domu. Nie da się ukryć, że towarzystwo miałyśmy genialne, bo gdy para młoda składa się z osób niesamowicie pozytywnych, ale z dwóch różnych, można stwierdzić wręcz konkurujących ze sobą miast, są dwie opcje. Albo wszyscy zaczną się bić i wygłaszać swoje racje, na temat, dlaczego moje miasto jest lepsze, albo będzie to powód do żartów, a znienawidzone miasta będą się bawić jak najlepsi przyjaciele. Zdecydowanie wygrała opcja druga, dzięki czemu miałyśmy okazję poznać sporo nowych osób, a jak zawsze powtarzam, każdy człowiek wprowadza do naszego życia coś nowego i pozostawia w nas cząstkę siebie.

Facebook: www.facebook.com/kaillaaa

Instagram: www.instagram.com/kailakarolina

Snapchat: kailakarolina

Co mam na sobie?

sukienka- LOU buty- CCC zegarek- mockberg